Przez ostatnie dwa lata cała branża marketingowa powtarzała jedno zdanie: wideo jest najważniejsze. Produkuj więcej wideo. Krótsze wideo. Pionowe wideo. Wideo na każdym etapie lejka.
Efekt jest taki, jaki musiał być. Wideo przestało być czymkolwiek wyjątkowym. Każdy hotel ma film. Każdy dealer ma film. Każda sala weselna ma czteroipółminutowy materiał z drona, muzyką stockową i ujęciem, na którym para młoda biegnie przez trawnik w zwolnionym tempie. To wszystko wygląda tak samo, bo powstało według tej samej instrukcji.
A teraz doszła do tego generatywna warstwa. Modele potrafią zrobić ładny film o hotelu, w którym nigdy nikt nie był. Kosztuje to tyle, co nic, i wygląda lepiej niż większość tego, co realnie produkują małe obiekty. Można by pomyśleć, że to dobra wiadomość dla sprzedaży. Nie jest.
Problem nie leży po stronie podaży
Kiedy coś jest tanie i wszędzie, przestaje przekonywać. Rynek nie ma dziś problemu z brakiem wideo. Ma problem z zaufaniem do tego, co widzi.
Klient, który ogląda perfekcyjny materiał z apartamentu, coraz częściej odruchowo zadaje sobie pytanie, którego pięć lat temu nikt sobie nie zadawał: czy to jest prawdziwe. I to pytanie jest zabójcze dla sprzedaży, bo od tego momentu każde kolejne ujęcie działa przeciwko Tobie. Im ładniej, tym bardziej podejrzanie.
Dlatego uważam, że w tej konkretnej kategorii — nieruchomości, obiekty, samochody, wszystko, co klient kiedyś fizycznie zobaczy — prawdziwe nagranie z telefonu bije wypolerowaną produkcję. Nie dlatego, że jest ładniejsze. Dlatego, że jest weryfikowalne. Pokazuje salę taką, jaka jest, razem z filarem w niefortunnym miejscu i widokiem na parking. Klient, który to zobaczy i mimo to napisze, jest klientem realnym.
Ale autentyczność sama w sobie niczego nie sprzedaje
Tu jest druga część problemu i moim zdaniem ważniejsza.
Nawet najlepsze, najbardziej prawdziwe wideo jest ślepą uliczką. Kończy się. Klient ogląda, kiwa głową, i zostaje z pytaniami, na które film nie odpowiada, bo odpowiedzieć nie może. Czy wjedzie tam autokar. Czy jest winda. Czy sala pomieści sto trzydzieści osób przy stołach okrągłych, a nie przy podkowie. Ile kosztuje weekend w czerwcu, a nie w lutym. Czy można wnieść własny alkohol.
Wideo nie odpowiada. Wideo to broszura, która się rusza.
Więc co robi klient? Wypełnia formularz kontaktowy. I w tym momencie sprzedaż wychodzi z Twojej strony i wchodzi do czyjejś skrzynki mailowej, gdzie leży, aż ktoś ją odbierze. W hotelarstwie eventowym to jest moment, w którym większość transakcji jest przegrywana, zanim ktokolwiek zdąży zacząć je wygrywać.
Zapytanie eventowe to wyścig, nie proces
Coś, czego nie rozumie się z zewnątrz, a co jest oczywiste dla każdego, kto siedział po stronie sprzedaży: zapytanie o organizację wesela, konferencji czy integracji prawie nigdy nie idzie do jednego obiektu. Idzie do pięciu. Czasem do dziesięciu. Tego samego wieczora, z tego samego formularza, przeklejane kopiuj-wklej.
I dalej dzieje się rzecz brutalnie prosta. Ten, kto odpowie pierwszy, nie dostaje przewagi proporcjonalnej. Dostaje przewagę nieproporcjonalną, bo staje się punktem odniesienia. Wszystkie kolejne oferty są porównywane do jego oferty. On ustawia ramę rozmowy, on pierwszy zadaje pytanie o datę, on pierwszy blokuje termin warunkowo.
Obiekt, który odpowie w środę po południu na zapytanie z niedzieli, nie sprzedaje gorzej. On w ogóle nie bierze udziału w tej rozmowie. Ona się już odbyła bez niego.
Wideo jako interfejs, nie jako treść
Z tego wyszedł mi wniosek, na którym zbudowałem TVGO, i chcę go tu postawić wprost, bo to jest teza, a nie opis produktu.
Wideo powinno przestać być treścią, a stać się interfejsem.
To znaczy: klient ogląda prawdziwe nagranie obiektu i w tym samym miejscu, nie wychodząc nigdzie, pyta o windę, o autokar, o sto trzydzieści osób i o czerwiec. Dostaje odpowiedź natychmiast, opartą wyłącznie na tym, co obiekt faktycznie o sobie powiedział — nie zmyśloną, nie wygenerowaną, nie halucynowaną. A jeśli pytanie jest za trudne albo klient jest gorący, rozmowa przechodzi do żywego człowieka po stronie obiektu, w trakcie, a nie po.
Sprzedaż nie zaczyna się wtedy w skrzynce mailowej następnego dnia. Zaczyna się w sekundzie, w której klient jest jeszcze zainteresowany, bo właśnie ogląda.
To jest cała różnica między wideo, które informuje, a wideo, które sprzedaje. I to jest kategoria, którą nazywam Video Sales Intelligence — nie dlatego, że lubię akronimy, tylko dlatego, że nie istnieje inne słowo na warstwę, która zamienia oglądanie w rozmowę i mierzy intencję w czasie rzeczywistym.
VSI jest dla wideo tym, czym CRM był dla listy kontaktów. Zanim pojawił się CRM, kontakty też istniały. Leżały w wizytownikach i w głowach handlowców. Nikt nie twierdził, że ich nie ma. Twierdzono, że nie da się z nimi nic zrobić systemowo. Z wideo jest dziś dokładnie tak samo: leży na stronie, generuje wyświetlenia, i nikt nie wie, kto z tych ludzi był o krok od wysłania zapytania.
Co z tego wynika
Że wyścig na produkcję wideo się skończył i został wygrany przez wszystkich, czyli przez nikogo. Materiał ma dziś każdy, a za chwilę każdy będzie miał materiał wygenerowany, więc sam fakt jego posiadania przestanie cokolwiek znaczyć.
Zostają dwie rzeczy, których nie da się wygenerować. Pierwsza to prawda o obiekcie, bo jej weryfikacja jest fizyczna. Druga to czas odpowiedzi, bo albo odpowiadasz, kiedy klient patrzy, albo nie odpowiadasz wcale.
To nie jest technologia na przyszłość. To jest różnica między zapytaniem, które dostajesz, a zapytaniem, które dostaje ktoś inny.
